Władza, jeśli chce utajnić przed obywatelami jakąś sprawę, to nadaje jej klauzulę poufności. Tak było, kiedy prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz kilka lat temu nadała klauzulę tajności przedwstępnej umowie prywatyzacyjnej Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej. Inny przykład to objęcie klauzulą tajności dokumentacji przetargowej na wywóz śmieci z Warszawy. Władza zasłaniała się bezpieczeństwem państwa, choć nie miało to z nim nic wspólnego. Rząd przedstawił projekt ustawy o jawności życia publicznego.

Wzięliśmy go pod lupę w zespole Instytutu Spraw Obywatelskich. Są w nim zmiany dobre i złe. Ponieważ o dobrych słyszymy dużo w mediach narodowych, skupię się na tych drugich. Po pierwsze, należy wpisać do polskiego prawa tryb odwoławczy od nadania informacji publicznej klauzuli poufności. Nie służy jawności życia publicznego to, że władza przystawia na papiery stempel tajności, a obywatel nie może się od takiej decyzji odwołać do sądu. Po drugie, potrzebny jest przepis karny za nieuprawnione nadanie klauzuli poufności informacji publicznej. Po trzecie, należy urealnić odpowiedzialność za bezprawną odmowę udostępnienia informacji publicznej. Artykuł 23 ustawy o dostępie do informacji publicznej przewidujący sankcje karne jest praktycznie martwy, w porównaniu z ilością prawomocnych wyroków uchylających odmowne decyzje organów. „Według naszej wiedzy, w ciągu 16 lat obowiązywania tego przepisu nie zapadł ani jeden prawomocny wyrok za utrudnianie dostępu do informacji publicznej. Prokuratura nie wykazuje zainteresowania tym obszarem prawa karnego i ignoruje zawiadomienia obywateli” – zauważa Piotr Ciompa, ekspert instytutu. Po czwarte, powodem odmowy udostępnienia informacji publicznej nie może być uporczywość wnioskodawcy lub nawet znaczące zakłócenia w funkcjonowaniu urzędu. Generalnie to ustawa, a nie urzędnik ma decydować o kryteriach odmowy obywatelowi informacji o tym, co robi władza.

Rafał Górski

Artykuł znajduje się na stronie internetowej „Tygodnika Wprost”.