Poniższe zapiski to moje subiektywne refleksje po tym jak spędziłem trzy i pół dnia biorąc udział w ciekawej przygodzie pod nazwą Kryptonim Kotlina (KK). Poniższego tekstu nie przygotowałem w celu wymądrzania się. Nie jest to też jedyny słuszny obraz tego, co się działo. To, co spisałem, mam nadzieję zachęci część osób do udziału w „grze” i spotkamy się na kolejnej edycji KK, w przyszłym roku :-).

jedyną stałą, jest zmiana

Jechałem na imprezę o nazwie Ekstremalny Team. Na miejscu okazało się, że Major zmienił nazwę na Kryptonim Kotlina. I właściwie tak już było do końca, tzn. jedyną stałą rzeczą w KK była zmiana. I sądzę, że cały urok zarówno KK, jak i Selekcji, polega na tym, że uczestnik jest ciągle zaskakiwany tym, co wyłania się „zza zakrętu”. W drugim dniu „gry” przypomniał mi się mój nauczyciel od matematyki, z technikum. Postrach całej szkoły. Próbowałem uczyć się lekcji naprzód, rozwiązywałem zadania „na zapas”, wertowałem zbiory zadań dla studentów. Wszystko po to, żeby nie być zaskoczonym, podczas kartkówki czy odpytywania przy tablicy. Najczęściej, te wysiłki nic nie dawały. Nauczyciel zmieniał plany, rzadko kiedy zadawał te same zadania, brakowało w jego lekcjach i sprawdzianach powtarzalności. Podczas manewrów, w Kotlinie Kłodzkiej czułem się podobnie, jak na lekcjach matematyki…

Wracając do nazwy to moim zdaniem Kryptonim Kotlina lepiej brzmi niż Ekstremalny Team – oddaje wszystko to, czego można podczas tej gry doświadczyć. No i brzmi lokalnie, polsko…

kurwa! miał tu być tlen

Z pierwszego dnia, najbardziej wbił mi się w pamięć pobyt w podziemiach Twierdzy Kłodzkiej. Trzy godziny stania z plecakiem, w bezruchu i milczeniu, twarzą do muru było mocnym akcentem, jak na początek imprezy. Niby prosta czynność, ale tylko pozornie. Niedowiarków zachęcam do postania w piwnicy swojego domu… Po dwóch godzinach, grobową ciszę przerwał głos jednego z instruktorów: „Kurwa! Mówiłem, że miał tu być tlen”. Ponieważ, nie można nam było się odwracać, nie wiem czy któregoś z uczestników trzeba było faktycznie „reanimować” czy była to tylko „zagrywka” na zagęszczenie, już i tak napiętej do granic, atmosfery. Tak czy owak, psycha i mózg, nieprzyzwyczajone na co dzień do takiej sytuacji, robiły mi w tych zimnych i „grobowych” podziemiach różne projekcje. Przyszły mi do głowy, na przykład wspomnienia o Sławomirze Rawiczu, polskim oficerze, który w książce „Długi marsz” opisuje swój pobyt w kamiennej fortecy więzienia w Charkowie, w 1940: „Proces łamania opornego więźnia zaczynał się w wąskiej jak kiszka celi, umieszczonej o jakieś trzydzieści centymetrów poniżej poziomu korytarza. Wewnątrz człowiek mógł tylko stać, i to wszystko. Ściany po obu stronach gniotły jak kamienny grób. (…) Załatwialiśmy się, stojąc. Staliśmy we własnych ekskrementach. Cela nigdy nie była czysta. W tej to „kiszce” spędziłem w Charkowie sześć miesięcy.”

krecik

Po podzieleniu nas na dwa zespoły („czerwonych” i „niebieskich”), Major sprzedał nam najważniejszą wiadomość dnia – w każdym zespole jest kret – osoba, która będzie opóźniała działania zespołu. Gdy to usłyszałem potraktowałem, to jako blef mający na celu rozwalać zespół od środka. Zażartowałem do ludzi z mojego zespołu, że kret mi się kojarzy z krecikiem, z dobranocki dla dzieci i w ogóle dobrze mi się kojarzy, a major ściemnia. Ale z każdym kolejnym dniem, było mi coraz mniej do śmiechu. Pamiętam, kiedy już odpadłem z „gry” i wróciłem do domu, otworzyłem przez przypadek, niedawno kupioną książkę „Pięć dysfunkcji pracy zespołowej” Patricka Lencionia. Autor stawia tezę, że organizacjom nie udaje się osiągnąć pracy zespołowej, ponieważ nieświadomie wpadają w pięć niebezpiecznych pułapek, z których najniebezpieczniejszą jest brak zaufania. I faktycznie, analizując dzień po dniu zachowanie swoje i innych osób z zespołu „czerwonych”, podczas KK miałem, jak na dłoni proces rozkładu i gnicia zespołu. Major wiedział, co robi wpuszczając kreta. Dla mnie, kulminacją tego procesu była informacja, że ludzie, z którymi tworzyłem zespół „czerwonych” uznali mnie za kreta. Było to doświadczenie, dające dużo do myślenia. Ciekawe było, na przykład to, kiedy słyszysz, jakich argumentów używała część osób z mojej grupy, żeby przekonać pozostałą część do tego, że to właśnie ja jestem kretem. Ale jak mawia stara prawda „kłamstwo ma krótkie nogi”. Czasami przychodzi Pan Los i sprawdza. Trzeba wybierać, gdy słowo jednych stawiane jest w kontrze do słowa innych. Ja mam w zwyczaju oceniać ludzi nie po słowach, ale po czynach i historii. Jednak wszystkiego nie da się sprawdzić i często trzeba zaufać intuicji, komuś uwierzyć. W ostateczności, to jednak my sami musimy dokonać wyboru. Tu, na szczęście nie była to kwestia „życia i śmierci”, ale warto było doświadczyć tego procesu, żeby przejrzeć się w innym „lustrze”. Na koniec tej części pytanie: Czy byłem kretem? Odpowiedź zakodowana w „kryptonimowej” biblii jest następująca: 313, 1/10, 9/5, 28/2.

system selekcji

W etapie wstępnym, na terenie Twierdzy Kłodzko, o pozostaniu w grze decydowało kilka testów fizycznych i psychologicznych, z których najważniejszym okazała się indywidualna rozmowa z Majorem. Ze słów Majora wynikało, że większość osób, które odpadły pierwszego dnia, odpadło z powodu tej konwersacji. Z kolei, w etapie głównym KK, system wykluczania opierał się na „prostej” zasadzie. Po podliczeniu wyników z całego dnia, członkowie zespołu zwycięskiego typowali w głosowaniu tajnym, który z nich ma się pożegnać z „grą”. Natomiast w zespole przegrywającym, decyzję o wykluczeniu podejmował dowódca. Myślę, że ten system eliminacji powodował, że do następnych etapów mogły przechodzić osoby niekoniecznie najsilniejsze pod kątem fizycznym, psychicznym, IQ, EQ czy ducha walki. System sprzyjał tworzeniu małych „koalicji”, w gronie członków poszczególnych zespołów. O wykluczeniu decydowała nie tylko znajomość innych osób z wcześniejszych doświadczeń, np. podczas letnich Selekcji, ale też „lobbing”, wzajemne rozmowy „korytarzowe”. Nie mnie oceniać czy system wykluczania jest dobry. Na pewno daje dużo do myślenia.

mięśnie czy mięsień?

„Myślenie ma przyszłość” – ten zwrot codziennie wbijany nam do głów przez Majora, według mnie jest najlepszym mottem gry Kryptonim Kotlina. Przetrwanie w KK, w dużo większym stopniu niż na Selekcji, zależy od wykorzystywania jednego mięśnia – mięśnia o nazwie mózg. Podchwytliwe testy, zagadki, kodowanie i dekodowanie wiadomości, współpraca z autochtonami, zdolność kojarzenia, zapamiętywanie kodów i strumienia informacji, rozmowy agenturalne, praca z mapą. Wszystko to, wymagało ciągłej pracy mięśnia znajdującego się pomiędzy uszami. „Fizole”, skupieni na bicepsach nie mają, po co przyjeżdżać na tą imprezę. Uważam, że dużą rolę w przetrwaniu na KK ma też wykorzystywanie bagażu własnych doświadczeń nabytych w codziennym życiu (np. w kuchni, przy gotowaniu zupy) czy podczas udziału w innych imprezach survivalowo-ekstremalnych i rajdach przygodowych (np. Selekcja, Kierat, Harpagan).

inteligencja, ale która?

Gdy myślimy i rozmawiamy o inteligencji, to najczęściej mamy na myśli inteligencję logiczno-matematyczną (IQ). Powszechnie cenimy ją też najbardziej. Zapominamy jednak, że wysoki iloraz inteligencji to nie wszystko. Prymus, który skończył szkołę z czerwonym paskiem, niekoniecznie musi już być tak dobry, jeśli chodzi o radzenie sobie w codziennym życiu, nie mówiąc już o imprezach typu KK czy Selekcja. Myślę, że podczas zadań realizowanych na terenie Kotliny Kłodzkiej, równie ważna jak IQ, istotna była inteligencja emocjonalna (EQ). Bądź, co bądź mieliśmy do czynienia z dwoma, sześcioosobowymi zespołami ludzi, a inteligencja emocjonalna w pracy zespołowej ma ogromne znaczenie. Oczywiście im bliżej końca, tym mniej zespołu a więcej grania na własne konto, ale mimo wszystko, przez prawie trzy dni byliśmy zespołami. Ciekawe było obserwować, jak tworzy się i pracuje grupa, jak grupa traktuje mnie, jak ja odnajduję się w zespole „czerwonych” a jak w zespole… „niebieskich”. Dla zainteresowanych pogłębieniem tematu EQ polecam dwie książki: „Mistyka przywództwa” i „Przywództwo bez władzy”. Obie mają kiepskie tytuły, ale zawartość jest ciekawa…

szacunek dla przeciwnika

Rywalizacja pomiędzy zespołami „niebieskich” i „czerwonych”, była obecna od pierwszych minut, kiedy te zespoły się zmaterializowały. To, co moim zdaniem ważne w tego typu sytuacjach, to szacunek dla przeciwnika. Pojawiały się czasami złośliwe docinki, kierowane do siebie nawzajem, ale był to margines. Major celnie je stopował stwierdzeniem – „Nie dziobać”. Ja, natomiast w chwilach, kiedy ludzie nie wytrzymują i wrzucają swoim wrogom teksty „poniżej pasa” (nie ważne czy na żarty czy na serio) przypominam sobie zawsze historię, z książki Olafa Swolkienia „Nowy ustrój – te same wartości”: „W filmie pt. Generał Luster jest scena, w której Szalony Koń pyta o możliwość porozumienia, a generał odpowiada, że prawda jest taka, że należą do innych światów i tak jak kiedyś plemię wodza zniszczyło inne plemię, zajmując te ziemie, tak samo teraz biali zniszczą Indian. I o dziwo, w oczach Indianina pojawiło się coś jakby szacunek dla Amerykanina. Później, kiedy Luster był już otoczony, obaj rozmawiali i stwierdzili, że jest piękny dzień na walkę i znowu nie było nienawiści, raczej wzajemny szacunek dwóch wojowników, z których jednemu zdarzyło się wpaść w śmiertelną pułapkę.” Trzeba przyznać, że podczas rywalizacji „czerwonych” z „niebieskimi” również była wspaniała pogoda: słońce, padający śnieg, mróz oraz przepiękne widoki, na pokryte białym puchem tereny Kotliny Kłodzkiej.

poligon zarządzania

Kryptonim Kotlina to gra, która daje możliwość nabycia wielu doświadczeń, związanych z zarządzaniem sobą i zarządzaniem innymi ludźmi. Metody zarządzania „cywilnego” mieszają się tu z metodami „wojskowymi”. Kolejne zadania stawały się poligonem, na którym można było obserwować jak pracuje zespół ludzi i jak jest dowodzony. Kto i jakie wykorzystuje zadania, narzędzia i zasady zarządzania? Kto i do jakiego stopnia jest odpowiedzialny za to, co robi? Jak działa zespół „czerwonych” a jak zespół „niebieskich”, jak działa zespół instruktorów Majora a jak zespół robiący materiał dla TV4? Pamiętam, jak Zygi poproszony przez jedną z osób z zespołu „czerwonych” o poczekanie zanim wyruszą w drogę, powiedział: „Ja w życiu nigdy na nikogo nie czekam” i faktycznie nie poczekał. Zasady są proste – albo się wyrabiasz albo odpadasz. W tym miejscu warto przywołać słowa Fredmunda Malika, który trafnie zauważa w swojej znakomitej książce „Kierować–osiągać–żyć”: „Podstawowe umiejętności w zakresie zarządzania są w XXI wieku tym samym, czym od XVIII wieku dla każdego człowieka była umiejętność czytania i pisania. Bez zdolności zarządzania i samozarządzania nie można obecnie – a tym bardziej w przyszłości – funkcjonować sprawnie w społeczeństwie i jego organizacjach.”

czwarta zasada werbunku

Ciekawym zadaniem, w ramach KK była indywidualna rozmowa konspiracyjna z Majorem, w restauracji. Przed nią, mieliśmy wcielić się w narzuconą przez Majora rolę. Mnie przypadło grać bibliotekarza. Musiałem stworzyć historię obcego człowieka: imię i nazwisko, data i miejsce urodzenia, dzieciństwo, szkoła średnia, rodzina, praca zawodowa, zainteresowania, gusta kulinarne, preferencje seksualne itp. Wszystko, co się da tak, żeby nie być zaskoczonym podczas rozmowy i przekonać swojego rozmówcę, że faktycznie jestem bibliotekarzem. Przygotowując się do rozmowy, przypomniałem sobie, co pisał Wiktor Suworow (agent GRU) w swoim „Akwarium”: „Czwarta zasada werbunku głosi, że każdy człowiek nosi w sobie masę genialnych pomysłów i każdy najbardziej cierpi dlatego, że nikt go nie chce słuchać. Problemem w życiu człowieka jest znalezienie sobie słuchacza. Każdy szuka słuchacza dla siebie samego i nie kwapi się do wysłuchiwania cudzych bredni. Kunszt werbunku sprowadza się przede wszystkim do umiejętności uważnego słuchania rozmówcy. Nauczyć się słuchać bez przerywania – sukces zagwarantowany. To bardzo trudna sztuka.”

Kaskady – marzenia się spełniają

Pamiętam, jak czytając książkę Piotra Bernabiuka „mjr Kups o 56. Kompanii specjalnej” miałem takie chwile, kiedy strasznie zazdrościłem tym, którzy mieli szczęście brać udział w Kaskadach – „(…) genialnym pomyśle dwóch majorów, który zaowocował w latach 1987-1989 trzema ćwiczeniami przygodowymi rozgrywanymi na ogromnych połaciach kraju, na Bałtyku i we wrzących atmosferą polityczną wielkich aglomeracjach”. W drugim dniu „gry”, zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że KK jest właściwie taką „próbką” Kaskad. Przykładowo, w KK podobnie jak w Kaskadach ważnym elementem taktyki była współpraca z autochtonami. W jednej z konkurencji poprosiłem miejscowego gospodarza o drzewo do rozpałki ogniska. W innym zadaniu udało mi się pozyskać informatora, w postaci małego chłopca. Pomoc z jego strony okazała się bardzo przydatna. Dobrze, że nie pamiętałem o fragmencie z książki Bernabiuka: „W instrukcji przetrwania amerykańskich sił specjalnych, stoi czarno na białym, że działając na terenie przeciwnika, należy szczególnie wystrzegać się psów i dzieci.” 🙂

mistrz ceremonii

To chyba Artur Schopenhauer powiedział kiedyś, że ludzi wielkich poznaje się po tym, jak zachowują się na co dzień, w sprawach małych i pozornie nieistotnych. Z tegorocznej edycji Kryptonimu Kotlina, Majora będę pamiętał z sytuacji, w której mieliśmy podjąć decyzję o tym, co zrobić z dwoma kociołkami ugotowanej przez nas zupy wczesnym rankiem, po noclegu w jaskini. Nie mogliśmy jej zjeść. Pomyślałem, że trzeba ją po prostu wylać. No i wstyd mi się zrobiło, gdy usłyszałem słowa Majora, że „warto ją dać ludziom z pobliskiej wsi, bo tu miejscowym się nie przelewa” (cytuję z pamięci). Ciekawą refleksję miała moja żona – Magda, kiedy jej opowiadałem o przebiegu KK. Zauważyła, że właściwie Major na takich imprezach, jak KK i Selekcja to taki „Pan Los” decydujący o „życiu i śmierci”. Wspominając Majora i jego zespół instruktorów, zawsze mam w tyle głowy fakt, że to ludzie z dawnych czasów, o których tak pięknie mówił redaktor Jarosław Rybak, na czwartej stronie okładki naszej biblii: „Warto poczytać o dawnych czasach. Wtedy żołnierz nie pracował, ale służył. Ludzie nie liczyli czasu spędzonego w mundurze. I wszyscy byli pewni jednego: w czasie szkolenia trzeba dostać w kość, żeby być dobrze przygotowanym do wykonywania realnych zadań.”

dlaczego to robię?

Takie pytanie często słyszałem od „telewizorów”, w trakcie KK, często też słyszę je na co dzień od znajomych. Powodów jest kilka. Kryptonim Kotlina czy Selekcja mocno poszerzają perspektywę. Nabywam nowych doświadczeń, uczę się nowych umiejętności, bardzo często przydatnych w życiu codziennym. Doskonalę sztukę mówienia i słuchania. Praca w zespole, działającym w ekstremalnych warunkach odkrywa mi nowe klapki w głowie. Mogę przejrzeć się w innych „lustrach”. Hartuję umysł, ciało i wolę. Ćwiczę IQ i EQ. To też ogromny motywator do codziennych treningów. Motywator działający, kiedy Gremlin w mojej głowie doradza, żeby dziś dać sobie spokój z wyjściem na „pętle” biegową do lasu. Gdy podszeptuje, żeby odłożyć wyjście na basen w zimny i ciemny poranek styczniowy. Kiedy namawia do odpuszczenia sobie „siłki”, po 10 godzinach pracy zawodowej. Nie ukrywam też, że mając 35 lat na karku czuje się dobrze widząc często gęsto ludzi, o 16 lat młodszych mających ode mnie dużo większe problemy w zaliczaniu niektórych konkurencji, np. tych wydolnościowych :-).

na koniec

Chciałem podziękować Majorowi i zespołowi KK, za możliwość podjęcia wyzwania, a Magdzie za wytrzymałość w znoszeniu na co dzień moich wariactw kryptonimowo-selekcyjnych. Sam tekst wypruty jest z emocji, ale „męczyłem” go z przerwami przez miesiąc i stąd chyba wyszedł słuchy materiał…

Rafał Górski

czerwono-niebieski, pseudonim „Bibliotekarz”

Łódź, luty/marzec 2009 r.

 

Foto: http://www.gs24.pl/archiwum/art/5328484,kryptonim-kotlina-ekstremalna-przygoda-z-majorem-kupsem-zobacz-zdjecia,id,t.html