Słyszeliście państwo o pracach nad ustawą o publicznym transporcie zbiorowym? Jeśli nie, to się nie dziwię. Temat nie istnieje w debacie publicznej. Dlaczego? Bo elity nie mają problemu, czym dojechać do szkoły, pracy czy urzędu. Z takimi wyzwaniami zmaga się regularnie ponad pół miliona obywateli i mniej lub bardziej sporadycznie kilka milionów. Ale kogo to interesuje… Od 20 lat pogarsza się publiczny transport zbiorowy poza miastami. GUS podaje, że w latach 2006-2015 liczba pasażerów spadła o połowę. Wycina się połączenia. Przewozy są ograniczane ze względu na niską rentowność.

Dopłaty do przejazdów ulgowych w komunikacji autobusowej w latach 2008-2015 wzrosły z 527 do 643 mln zł. Państwo płaci coraz więcej, obywatele dostają coraz mniej. „Obecny model zderegulowany, oparty na dopłatach do ulg ustawowych dla każdego chętnego, ma zasadniczo tylko jednego beneficjenta. Są nim małe firmy operujące na pojedynczych, rentownych liniach. (…) Model wymaga zmiany” – zaznacza dr Michał Wolański z SGH. Prace nad zmianą trwają, od połowy 2016 r. W grudniu minister infrastruktury powołał zespół składający się z pięciu przedstawicieli środowisk przewoźników minibusowych oraz czterech samorządowych. Zastanawia brak środowisk naukowych i obywatelskich.Dobra zmiana jest taka, że 28 lutego na spotkaniu w Ministerstwie Infrastruktury pojawił się nowy projekt ustawy, który w centrum uwagi stawia pasażera. W przeciwieństwie do wersji, które koncentrowały się na interesie wąskiej grupy biznesowej. Dziwne, bo pamiętam, jak uczono mnie w studium MBA, że w biznesie liczy się przede wszystkim klient. 14 marca Instytut Spraw Obywatelskich i Fundacja Pro Kolej zorganizowały pierwsze spotkanie celem wypracowania obywatelskiego stanowiska wobec projektu ustawy. Chcemy, żeby likwidowała ona białe plamy, miejsca nieobsługiwane przez publiczny transport zbiorowy. Zapraszam do współpracy wszystkich zainteresowanych.g

Rafał Górski

PREZES INSTYTUTU SPRAW OBYWATELSKICH

Artykuł jest dostępny na stronie internetowej „Tygodnika Wprost”.