Wychodziłem z domu ze słowami mojej żony, Magdy – „Nie pokazuj się w domu wcześniej niż w piątek. Chcę mieć chociaż 2 lata spokoju… 🙂”.

Powrót do korzeni…

Wszystko rozpoczęło się punktualnie, o 10:00 przed budynkiem Pomorskiego Muzeum Wojskowego. Major Kups wpadł na dobry pomysł zapraszając weteranów 56. Kompanii Specjalnej i organizując uroczyste rozpoczęcie Selekcji właśnie w Bydgoszczy, gdzie wszystko się zaczęło. Mogliśmy zobaczyć ludzi z krwi i kości, bez których dzisiaj nie byłoby Selekcji. Weterani przedstawili historię 56. Kompanii, złożone zostały kwiaty pod pamiątkową tablicą. „Minutą ciszy”, uczestnicy oddali szacunek żołnierzom, którzy już odeszli. Moim zdaniem źle się stało, że pełnej minuty faktycznie nie było, bo z 60 sekund zrobiło się niecałe 15. Tak, jakby się komuś gdzieś spieszyło… A szkoda, bo moment dłuższego wyciszenia byłby tu bardzo na miejscu. Drugim zgrzytem był fragment wypowiedzi wiceprezydenta Bydgoszczy, który dwukrotnie wspominał o tym, że Selekcja to medialny show i że cieszy się, że zaczyna się ona właśnie w Bydgoszczy. Dla mnie telewizory w tej imprezie, są najmniej istotne. Jak rozmawiam ze znajomymi, którzy startują któryś rok z rzędu, to mam wrażenie, że oni myślą i czują podobnie. Spłycanie Selekcji przede wszystkim do medialnego filmu nie służy niczemu dobremu, na pewno nie służy korzeniom… Ale wracając do miłych akcentów – po oficjalnych uroczystościach, otrzymaliśmy wspaniały prezent od organizatorów – mieliśmy okazję zwiedzić ekspozycje Pomorskiego Muzeum Wojskowego. Na mnie największe wrażenie zrobiło wielkoformatowe zdjęcie dwóch polskich żołnierzy, którzy na stromej skale transportowali skrzynię z amunicją, podczas walk o Monte Cassino. Z tekstów, zapadł mi w pamięci taki oto fragment: „… na dobitkę – wyszła amunicja. Żołnierze nie mogą się cofać, leżąc tuż pod bunkrami niemieckimi. Kiedy bunkry poczęły strzelać – każdy padł byle jak, a teraz nie można ani zmienić pozycji, ani ruszyć głową, ani wyciągnąć drętwiejącej nogi, bo Niemcy wszystko widzą. Idą kwadranse za kwadransami, jest coraz więcej rannych, nerwy ludzkie nie wytrzymują napięcia. Rozpoczyna się zbiorowa histeria. Tu i tam rozlega się spazmatyczny szloch. Jeden z żołnierzy, obojętny na wszystko, podnosi się i siada na wystającej skale, jakby to była ławeczka w parku. Jedno pyknięcie – zabija go strzelec wyborowy. Inni – w bezsilnej rozpaczy – kamieniami rzucają na stanowiska niemieckie. Wówczas następuje to, co mogłoby się zdawać kiepską literaturą, gdyby nie było prawdziwe. Ś.p. sierżant Czapiński – zaintonował „Jeszcze Polska nie zginęła”! Żołnierze podchwycili pieśń”.

9 minut prawdy…

W dniu preselekcji, skwar był niemiłosierny. Miałem  takie skojarzenie, że na stadionie gdzie miała się odbyć preselekcja, może być tak jak na polach pod Grunwaldem w 1410 roku, kiedy to wygrali Ci, który nie stali za długo w pełnym słońcu. Na miejscu, na stadionie Zawiszy w Bydgoszczy Fordonie faktycznie było słonecznie i parno – pisząc bardzo delikatnie. Na moje oko, zjawiło się około 200 osób. Dość skromnie, mając na uwadze liczbę 615 z listy zakwalifikowanych umieszczonej na stronie internetowej combat56. Zastanawiam się czy nie warto zrobić symbolicznego wpisowego, np. 5 zł, które byłoby taką preselekcją internetową. Odsiałaby ona różnego rodzaju „internetowych leszczy”. Wracając do imprezy, „maszynka preselekcyjna” zaczęła działać ok. 12:30. Dwie taśmy, po 9 stanowisk (60 sekund na ćwiczenie i 30 sekund na odpoczynek): 1/ Przeskoki nad linkami, 2/ Przysiady z obciążeniem, 3/ Uginanie ramion w podporze /szeroko/, 4/ W leżeniu tyłem wznosy tułowia, 5/ Test z wojskowości, 6/ Przejście ze stania do podporu /delfinki/, 7/ W leżeniu tyłem wznosy nóg, 8/Test z historii Polski, 9/Uginanie ramion w podporze /wąsko/. Po pierwszych czterech zawodnikach, Major zmniejszył czas przeznaczony na jedno ćwiczenie z 60 sekund do 30. Jak wspominał później, przy ogłaszaniu wyników nie chciał, żeby obsługa medyczna miała za dużo pracy… Do następnego etapu przeszło 60 osób. Najlepszy wynik, o ile dobrze pamiętam oscylował wokół liczby 240. powtórzeń. Większość z wybrańców miała powyżej 200. powtórzeń. Ja niestety byłem pod kreską. Zawiodły, jak w zeszłym roku na pomoście, przede wszystkim pompki w wąskim rozstawie. Wynik 9 powtórzeń na ostatniej stacji był chyba gwoździem do mojej trumny… Szacunek dla tych, którzy się dostali na Drawsko. Szacunek i podziękowania dla organizatorów za przygotowanie XII edycji Selekcji.

I co z tego…

Szczęśliwie, miałem okazję wracać do domu z innymi towarzyszami „niedoli” nowymi, jak Michał czy starymi jak Tomek, z którym spędziłem nockę przy ognisku, w jaskini na Kryptonimie Kotlina. W pociągu relacji Bydgoszcz-Łódź spędziliśmy blisko 4 godziny na rozmowach około selekcyjnych. Przewijały się różne wątki. Wymienialiśmy się swoimi doświadczeniami. Przykładowo, Michał opowiadał o tym jak po przepłynięciu 2 kilometrów na basenie, przepływa jeszcze pod wodą kawałek, żeby docisnąć „pompkę”. Któryś z słuchaczy podsumował to słowami „I co z tego, jak preselekcji dziś nie przeszedłeś”. Po czym wszyscy wybuchliśmy salwą śmiechu. Gdy ktoś następny wspominał ile robi pompek, ile razy podciąga się na drążku, w jakiej imprezie ekstremalnej ostatnio uczestniczył, ile godzin spędził na ćwiczeniach przygotowując się do Selekcji, gdzie jeździł na kursy i staże specjalistyczne – za każdym razem, któryś inny podsumowywał to krótkim tekstem „I co z tego?” (w domyśle: Co z tego, jak dziś wracasz do domu, zamiast jechać na Drawsko) i wszyscy w przedziale, włącznie z autorem opowieści, pokładali się ze śmiechu. Było wesoło, choć każdy czuł z tyłu głowy duży niedosyt. Sypały się też postanowienia. Chyba najoryginalniejsze było to, gdy któryś z towarzyszy zakomunikował, że na znak protestu nie zrobi jutro żadnej pompki… Wypowiedź została przyjęta kolejną już salwą śmiechu. Relacji było bez liku. Panujące w naszym przedziale ciśnienie humoru podniosła przykładowo opowieść Michała o jego mamie, która przed wyjazdem na Selekcję spytała go, czy wyprasował sobie podkoszulkę… Z kolei inny z towarzyszy, nie mogąc się pogodzić z wynikami preselekcji, w pewnym momencie zaczął się domagać egzaminu komisyjnego, w obecności komisji egzaminacyjnej w składzie: Polko, Kups, Zygi. Cieszę się, że miałem okazję spędzić te 4 cztery godziny na wesoło. Pozwoliły mi one nabrać dystansu do tego, co się zadziało na preselekcji. Pozwoliły odbić się od dna. Pozwoliły wreszcie przypomnieć sobie słowa Edwarda Abbey’a: „Bądźcie tacy, jak ja… krzyżowcami na pół etatu, fanatykami połową serca. (…) Nie wystarczy walczyć. (…) jeszcze ważniejsze jest dobrze się przy tym bawić.”

Zakończenie

Łódź przywitała mnie ciemnym niebem, nawałnicą z piorunami i chodnikami zalanymi strugami wody. Wyciągnąłem z plecaka swoją pałatkę selekcyjną i z przyjemnością doczłapałem się do domu, w strugach deszczu i zalanych wodą selekcyjnych butach. W domu, Magda patrząc na moją milczącą twarz, spytała: „Czy teraz będziemy mieć okres żałoby?”. Po czym dodała: „Może XII Selekcja, to nie ta, którą miałeś przejść”. Faktycznie, zreflektowałem, że następna edycja to edycja XIII. A 13. to moja szczęśliwa liczba. Bądź, co bądź urodziłem się 13 kwietnia, 35 lat temu. Tak czy owak, trzeba się wziąć do roboty, bo jak mawiał mój kolega ze studiów, „Szczęście sprzyja lepszym”. W niedzielny poranek, analizując na chłodno cały ostatni rok przygotowań, myślę sobie, że mój trening był zbyt spontaniczny. Za mało było w nim żelaznej metodyki. Jak pokazała tegoroczna preselekcja, trening ten, jeśli chodzi o przygotowanie wytrzymałościowo-siłowe, umiejscawia mnie powyżej średniej krajowej, ale jeśli chodzi o średnią selekcyjną to już jestem pod kreską. Do zobaczenia za rok…

 

Foto: Danuta Kups